Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogi. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

CO Z TĄ KRYTYKĄ?

Tym razem o krytyce w sieci. Temat rzeka, o którym można by napisać książkę. Uważam, że nie wyczerpałam tematu, jednak z uwagi na zbyt długą jak na blogowe standardy objętość tekstu, musiałam się zatrzymać. Liczę, że dopowiecie resztę...


        Komentarz, który przeczytałam na jednym z polskich blogów: „Jesteś gruba, powinnaś schudnąć”- to jeszcze konstruktywna krytyka czy wpis hejtera?  Większość blogerek, które znam, odpowie, że to drugie, dodając, że nie dotyczy tematu, o którym blog traktuje. Nie twierdzę, że dziewczyny nie mają w tym miejscu racji. Jednak, kiedy myślę o tym dłużej, mam ochotę podważyć, wygodny dla mnie bądź co bądź argument.  Załóżmy abstrakcyjną sytuację, w której ów komentarz pochodziłby z mojego bloga. Co jeśli rzeczywiście powinnam schudnąć?  Przecież nie każdy czytelnik to zakompleksiona pani pochłaniająca paczkę chipsów przed monitorem (tak na marginesie pisząc to, otwieram drugą tabliczkę czekolady). Oczywiście, zdanie „Jesteś gruba, powinnaś schudnąć” nie świadczy o wielkiej elokwencji autora, ale gdyby zostało wyrażone w inny, łagodniejszy sposób?  Anonimowy komentarz ma jedną zaletę, jest szczery. Dla jasności, niekoniecznie prawdziwy, ale zawsze szczery.  Jeśli chcemy kogoś obrazić, powiedzieć mu niewygodną prawdę, wyrazić swoją opinię lub wylać własne złości i frustracje, żaden problem, zrobimy to bezpiecznie jako anonim. Nie twierdzę, że krytykujący mają zawsze rację. Wręcz przeciwnie, im częściej odwiedzam polskie blogi i widzę jak krótkowzroczny bywa czytelnik, zaczynam rozumieć postawę blogerek, które niejednokrotnie tracą cierpliwość. 
        Sprawa ma się zgoła inaczej, kiedy postawimy się właśnie na miejscu blogerki. Jestem jedną z nich, więc zapytam: ‘Dlaczego oceniasz moją  sylwetkę, nogę, brzuch czy nos (mogę tak w nieskończoność), a nie skupiasz się na stylizacji i jej poszczególnych elementach? Nie jestem modelką, jestem blogerką.’ I ta argumentacja, choć broni się dość silnie, nie do końca mnie przekonuje. Nie przekonuję mnie, gdy patrzę na nią z perspektywy czytelnika, którym również jestem. Oczywiście, żadna z dziewczyn nie ma obowiązku wyglądać jak wychudzony wieszak, ale z pełną świadomością umieszcza swoje zdjęcia w sieci, narażając się na ewentualną krytykę. Nie tworzy stylizacji na manekinie czy podłodze. Sama sobie jest modelką, choć do tego miana (raczej) nie pretenduje. Przyznaję, jestem rozbita, bo zarówno czytelnik  jak i blogerka mają w tym miejscu dużo racji. 
Co, kiedy negatywny komentarz już się pojawił? Istnieją trzy możliwości:
  • Nie reagować  (jak to mówią olać i żyć dalej).
  • Usunąć (i udawać, że nigdy nie istniał) .
  • Zareagować (totalna abstrakcja)
Kilka dni temu moja przyjaciółka skomentowała wpis na jednym z portali o modzie ulicznej, prowadzonym przez blogerkę z Warszawy (biję się z własnymi myślami, by nie podać tu adresu).  Właściwie był to fanpage, na którym autorka publikowała swoje opinie o danych stylizacjach.  Koleżanka  zamieściła komentarz, w którym przyznała, że nie zgadza się z autorką, po czym dodała kilka argumentów na poparcie swoich słów.  Nie minęły 3 minuty, komentarz zniknął. Zalogowała się więc na inny, fikcyjny profil i jeszcze raz napisała podobną, bardzo uprzejmą, lecz polemiczną notkę. Po kilku minutach nie było po niej śladu.  
A teraz sytuacja z natury zupełnie odmienna.  Jedna z moich ulubionych blogerek z falą negatywnych anonimów próbuje zaciekle walczyć.  Na niegrzeczny komentarz odpowiada  jeszcze większą nieuprzejmością. Dla przykładu:

Anonim: widziałam "MEGA PAKĘ" jaką chcesz sprzedać na allegro. rozbawiłaś mnie podpisem aukcji, że jeśli cena przekroczy 300 zł to dorzucisz szorty z ĆWIEKOWYM KRZYŻEM na dodatek DIY. Przecież te ciuchy na pierwszy rzut oka wyglądają jakby kosztowały 50gr za kilogram... oblecha.
Blogerka X: ile jeszcze napiszesz anonimowych komentarzy pod jednym postem ? : ) zazdrość zżera ? spadaj trollować gdzie indziej bo tu dla Ciebie miejsca nie ma : )


Albo inny:

Anonim: Ciekawe za ile dni zobaczymy tę sukienkę na allegro.
Blogerka X: a co Cię to obchodzi ? : ) sorry gregory ,ale to moja sprawa i mogę sobie nawet swoja kupę na allegro wystawić a Tobie gucio do tego.

Zdziwieni? Wcześniej sądziłam, że tego typu odpowiedzi tylko odstraszają czytelnika, ale to dość pochopna teza. Bo choć sama nie wyobrażam sobie napisać czegoś takiego, to zauważyłam, że jeszcze częściej odwiedzam stronę blogerki i w przeciwieństwie do innych miejsc w sieci, oprócz tekstu i zdjęć, sprawdzam również komentarze.
Inna dziewczyna, którą podobnie jak poprzednią bardzo lubię i cenię,  na krytyczne lub wścibskie komentarze odpowiada ironią i żartem.

Anonim 1: Ale buty to chyba troszkę za duże? :)
Anonim 2: i tak są do pokazania na raz i zaraz wylądują na allegro :P
Blogerka Y:1)buty nie są za duże
            2 )powinieneś się cieszyć, bo będziesz mógł je kupić dla siebie ;)

Lub:

Anonim: Wytłumacz, jak to się dzieje, że w takie zimno masz gołe stopy i pantofelki?:)
Blogerka Y: a)dzisiaj było 17 stopni
             b)jeżdżę samochodem
Anonim: Jakim?
Blogerka Y: A numer mieszkania i telefonu też podać przy okazji :)? Mogę jeszcze pesel napisać jak chcesz :)

                Istnieje jeszcze jedna, rzadziej spotykana reakcja: szczerość za szczerość. Aczkolwiek każdy, kto choć raz tego spróbował, wie, że więcej stracił niż zyskał. Żeby się o tym przekonać wróćmy na chwilę do pierwszego akapitu i komentarza: "Jesteś gruba, powinnaś schudnąć" i jeszcze raz załóżmy, że pochodzi z mojego bloga. Oczywiście mogę odpisać: "Nie uważam, bym była gruba. Ważę mniej niż 50 kg i nie czuję potrzeby, by się odchudzać". Muszę mieć jednak świadomość, że na dziesięć takich szczerych i prostych , lecz polemicznych odpowiedzi, przeczytam jeszcze siedem nowych, zakładających, że nie radzę sobie z krytyką. 
                Zupełnie inaczej się sprawa ma, kiedy skorzystamy z pierwszej możliwości i pozwolimy by komentarze żyły własnym życiem. Wtedy ów schemat może mieć dwojaki charakter. Pierwsza opcja to ‘kula śniegowa tocząca się z góry’, system w którym za jednym krytykującym anonimem, pojawia się kolejny i tak w nieskończoność.  Druga, zdecydowanie  przyjemniejsza dla blogera,  to pojawienie się superbohaterów, którzy zaczynają polemikę i z wielką zaciekłością bronią blogerki.  Korzystając z okazji muszę podziękować wszystkim tym, którym na moim blogu choć raz przyszło pełnić rolę Supermana.
                Przytoczę Wam pewną historię. Kilka miesięcy temu, pod którymś z artykułów na trójmiejskim portalu, w jednym tylko zdaniu nadmieniono, że brałam udział w opisywanym wydarzeniu. Nie wiedzieć dlaczego, pod tekstem pojawiła się fala negatywnych i obraźliwych komentarzy dotyczących właśnie MOJEJ OSOBY (piszę 'nie wiedzieć dlaczego', bo tekst zupełnie mnie nie dotyczył). Wpisów było tak wiele, że chyba po raz pierwszy zrobiło mi się zwyczajnie przykro.  Wtedy też zadzwoniła mama mojego ówczesnego fotografa i na wstępie pogratulowała mi.
Zdziwiona zapytałam:
- Czego? Czy ja o czymś nie wiem?
- Jak to czego, tych komentarzy pod artykułem!
- Raczej nie ma czego gratulować.
- Ależ jest. Na każdym z dobrych polskich blogów jest masa negatywnych komentarzy. Czekałam aż te pojawią się u Ciebie i wreszcie są!
                Do dziś pamiętam, jak podczas ubiegłorocznego Blog Forum, Włodek Markowicz i Karol Paciorek znani w sieci  jako Lekko Stronniczy, podczas swojej prezentacji dywagując na temat krytyki, stwierdzili jednogłośnie, że skoro owaka się pojawia, to znaczy, że czytelnikowi (w ich przypadku widzowi) musi ZALEŻEĆ!

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

ZAMKNIĘTE DRZWI BLOGOSFERY

Tak jak obiecałam, dzisiaj coś  do poczytania.  Mam nadzieję, że nie przerazi Was objętość tekstu. Jestem ciekawa Waszych opinii, dotyczących omawianego tematu.


Mówi się, że Internet to miejsce niekończących się możliwości.  Tylko czy oby na pewno?  Na potrzeby tego tekstu będę używała wyrażenia nieistniejącego, lecz bezpardonowo używanego przez media, mianowicie przymiotnika modowy. Do rzeczy. Blogi modowe wyrastają dziś jak grzyby po deszczu. Te w Polsce,  jak grzyby po ulewie. Myślę, że nikt nie będzie w tym miejscu polemizował. Polskie szafy (czyli strona z listą zarejestrowanych na niej blogów), które kiedyś liczyły nie więcej niż 50 egzemplarzy, dziś mogą poszczycić się liczbą około tysiąca (od godziny próbuję się doliczyć).  I choć blogosfera rozrasta się w tempie odwrotnie proporcjonalnym do budowy dróg w Polsce, to dziewczyny, które swój wizerunek zbudowały jakieś 3-6 lat temu, wciąż cieszą się niezachwianą popularnością, której nie groźna żadna konkurencja.  Nie sposób nie zapytać, dlaczego?  Nawet  gdybym była eteryczną blondynką z twarzą i figurą Kate Moss, a zdjęcia robiłby mi fotograf z kunsztem Mario Testino,  mogłabym nie osiągnąć tych samych statystyk co Maffashion czy Alicepoint? Wyjątek stanowi w tym przypadku jedynie znane nazwisko.  Nie narzekam i nie rozpaczam.  Za to podziwiam, jestem zaintrygowana i próbuję zrozumieć.  Mam nawet swoją teorię, którą oczywiście się z Wami podzielę.  ‘Blogi bazy’, bo tak je nazwałam, to  strony założone 4-6 lat temu. Żeby nie być gołosłowną wymienię kilka tytułów:  Charlize Mystery, Styledigger, Rasspberry and Red, Jestem Kasia,  Jessy Mercedes czy wspomniane już Alice Point i Maffashion. Każdej z nich, bez większych konsekwencji, może powinąć się noga. Co więcej, mogą popełnić wielką gafę, a czytelnicy tak czy owak będą regularnie odwiedzać ich strony.
                Pierwszym i ostatnim determinantem tak wielkiej ich popularności jest CZAS rozpoczęcia działalności w sieci. Dlaczego wpływ jest aż tak dodatni? Przede wszystkim dlatego, iż w tym okresie blogów było niewiele, a każda z dziewczyn momentalnie stawała się pionierką swojego stylu i proponowanej estetyki.  Żeby znaleźć inspirujący blog czy wpis, uruchamiało się stronę Polskich Szaf i w godzinę można było sprawdzić wszystkie aktualizacje z danego dnia. Dziś doba mogłaby nie wystarczyć.  Pamiętam jak jeszcze trzy lata temu oglądałam dziesiątki jak nie setki blogów, wciąż wyszukując nowe, ciekawe i inspirujące. Dziś nie robię tego i wcale, nie dlatego, że owakie strony w Polsce nie powstają. Przyczyna leży gdzie indziej, mianowicie w ilości. Żeby znaleźć jeden wartościowy, nieodtwórczy blog,  muszę przebrnąć przez kilkadziesiąt innych, które już  na wstępie wprawiają mnie w lekkie osłupienie, żeby nie napisać, przygnębienie. Skoro mi, pasjonatce mody, która wcześniej spędzała 3-5 h dziennie na wyszukiwaniu inspiracji, zwyczajnie się nie chce, to co mają robić w tym przypadku niezahartowani czytelnicy? I co z blogami, które choć nie mają 3 letniego stażu, są stronami o wartościowej treści? A mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że owakie wciąż powstają. Na to pytanie odpowiem przy innej okazji.
                O blogach bazach mówi się, że są autentyczne. Tylko co to tak właściwie znaczy?  Pozwolę sobie zacytować komentarze czytelników dotyczące ich autorek: ‘pokazują to kim są naprawdę’, ‘nie udają kogoś innego’. Jednak każdy, kto pisze, fotografuje, stylizuje czy modeluje i każdy,  kto posiada swoje miejsce w sieci, doskonale wie, że nawet jeśli wkłada w swą pracę wiele zaangażowania (i wierzę, że to właśnie robią dziewczyny),  to jest to wciąż sztuczne budowanie wizerunku, świadome bardziej lub mniej, ale nadal stanowi jedynie kreację. Drodzy czytelniczy, muszę więc wdać się z Wami w małą polemikę, bo nie do końca zgadzam się z przytoczonymi  sądami dotyczącymi autentyczności.
                Chyba każdy z nas kiedyś słyszał to zdanie: „Jeśli nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze”. W tym przypadku również,  konkretyzując, o owiane zmową milczenia słowo ‘współpraca’.  Jeszcze cztery lata temu, kiedy świadomość czytelników dopiero się kształtowała, a blogosfera wolna była od jakiejkolwiek reklamy, blogerki cieszyły się wielkim zaufaniem. Ich strony traktowane były jako niezależne media, wolne  od obcych wpływów. Od tamtego czasu sytuacja diametralnie się zmieniła. Według badań, blogi modowe zawierają największą liczbę reklam. Z racji popularności,  u dziewczyn z długoletnim stażem, reklam jest najwięcej. Nie zmienia to jednak stosunku czytelników do nich. Oczywiście, słyszymy głosy o tym, że blogerka X się sprzedała, ale dalej z tą samą, jak nie większą częstotliwością odwiedzamy jej stronę.  Zaufanie i przywiązanie nie mija tak szybko, przynajmniej nie w tym przypadku.  Dziś reklama na blogu jest na porządku dziennym. Jednych wciąż razi, inni się przyzwyczaili, ale wszyscy (mam taką nadzieję) jesteśmy jej świadomi.  Nie mniej jednak niesmak pozostaje i przenosi się, nigdzie indziej, jak na blogi nowo powstałe. Niby w jakim innym celu miałyby być zakładane?- To pytanie zadajecie sobie Wy i zadaję je ja.
                Nie szukam tu cudownego rozwiązania sytuacji, choć w głowie kłębi mi się kilka pomysłów. I znów rzucę frazesem: „czasu nie cofniemy”, a w rzeczy samej, tylko to wystarczyłoby, by wiele blogów otrzymało status ‘blogów baz’.  Ci, którzy łudzą się, że niebanalny styl, lekkie pióro czy piękne zdjęcia zmienią istniejącą sytuację, mylą się. Pewne drzwi zostały zamknięte. Tylko  silniejsi mogą próbować je wyważyć.